Wszystkich gości :   21084

Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej / 15

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2021-07-31 15:55:59

Wprowadzenie. Front wschodni. Walczące strony: Imperium rosyjskie przeciwko II Rzeszy niemieckiej i Austro-Węgrom. Czas wydarzeń przełom jesieni i zimy 1915 r. Obszar akcji: Galicja Wschodnia. VII Korpus - 13 dywizja zajmowała odcinek frontu na Wołyniu. Korpusem dowodził gen Ekk. Nowy szef sztabu: ppułkownik Melewanow. Minister wojny Paliwanow. Gen. Szczerbaczew. Gen. Sacharow. Nowe lokum u hr. Ryszczewskiej. Problem z orderem św. Jerzego. Gen. Piłkin. "Starzec" Rasputin. Gen. Klembowskij. Zwątpienie ...

Strony konfliktu:

konflikt

Uczestnicy pierwszej wojny światowej: kolor zielony: Ententa i jej sojusznicy, pomarańczowy: trójprzymierze, szary: kraje neutralne. Autor: Thomashwang - Praca własna. Data:6 maja 2006: CC BY - SA 3.0;, Wikimedia Commons

Przesłuchanie jeńca. Przyprowadzono mi jeńca, Włocha z Trentynu, badałem go osobiście i spytałem, dlaczego się poddał. Bardzo go to pytanie przestraszyło, zaczął się więc tłumaczyć, że nie może się bić, bo jest chory i dowiedzie tego bez trudu, gdy go zbada lekarz. Biedakowi musiały się pomieszać jakieś klepki w głowie, bał się kary za to, że nie chciał się z nami bić.

Przyjechał nareszcie nowy szef sztabu, ppułkownik Malewanow i zrobił sympatyczne wrażenie. Znałem go niegdyś jako korneta ułanów w Nowomińsku. Opowiadał mi on, że w Naczelnym Dowództwie zastał wszystkich w najlepszym nastroju, lecz w Petersburgu wybitni działacze, jak gen. Hurko i Guczkow, byli bardzo pesymistycznie usposobieni co do przebiegu wypadków wewnętrznych i zachowaniu się Dumy, która stawała się coraz bardziej lewicową. Stanowisko ministra wojny Poliwanowa, było zachwiane, szkoda byłoby jednak, gdyby odszedł, gdyż potrafił on myśleć państwowo. Wieści te potwierdziła hrabina, odczytując mi list hr. Bendendorfa, zaznaczającego, że nastrój w Petersburgu jest „tre′s sombre et abbatu”(bardzo ciemny i przygnębiony), ale głównie z powodu węzła bałkańskiego, który z takim powodzeniem rozwiązują dla siebie Niemcy; „Sacha est aussi tre′s affaire′. (Sprawa jest również bardzo biznesowa), a Sasza to brat hrabiego – poseł rosyjski w Londynie. Pisał on, że Anglicy uważają szach na Bałkanach, jako groźbę dla ich panowania w Egipcie, i robią jakieś nadzwyczajne przygotowania do wypędzenia Niemcow ze szkody... Może to i lepiej, taki bodziec zrobi Anglikom dobrze, przy swej wytrwałości potrafią oni rozwinąć olbrzymie środki.

Sformowano u nas nową armię, przeznaczoną do Bułgarii, która wystąpiła po stronie Niemiec. Jej dowództwo objął gen. Szczerbaczew, mój pryncypał, zastąpil go gen. Sacharow. Niefortunna zmiana. Sacharowowi brak było powagi, wiedzy i taktu.

U nas panowała przeważnie martwa cisza. Mieliśmy pewne wiadomości, że Niemcy wzięli stąd na front zachodni dwanaście dywizji pierwszego powołania, widocznie nie bardzo się nas obawiali. Austriacy rozrzedzili też swoje armie i wzmacniali wytrwale swe stanowiska. Tylko nad Dźwiną był ruch, lokalny zresztą. Znaleziono tam przy jednym z padłych oficerów niemieckich dokumenty stwierdzające, że mocarstwa centralne na rok bieżący postawiły sobie następujące cele: zgniecenie Serbii, połączenie z Turcją i zdobycie linii Dźwiny, pierwsze i drugie udało się im, trzecie jest na razie wątpliwe.

Jesień na froncie zachodnim przeszła w ciągłych walkach, a głównym ich ogniskiem była Pikardia. Francuzi występowali wciąż zaczepnie i wypierali stopniowo wroga z jego stanowisk. W ciągu trzech miesięcy uporczywego zmagania odzyskano przestrzeń od 3 do 12 km., czyli posuwano sie naprzód z szybkością 4 km. na miesiąc. Jeśli energia natarcia nie ustanie, to armia francuska dojdzie do granicy, odległej o 70 km., za 18 miesięcy.

20 – listopada spadł ogromny śnieg. Osobiście lubiałem go bardzo, ale jako dowódca mniej – na białym tle pól odznaczały się wyraźnie sylwetki żołnierskie, stąd większe straty. Mrozu jednak nie było, drogi strasznie zabłocone, nie mogłem się ruszyć z domu. Wpłynęło to fatalnie na nastrój, którego nie mógł poprawić nawet gramofon, namiętnie eksploatowany przez mój sztab, ale, niestety, głównie w kierunku pseudosentymentalnej cygańszczyzny, którą znoszę z trudnością. Trudno są gusta i guściki! Dopiero w końcu miesiąca nadeszła prawdziwa zima, zaczęła się nawet srożyć, przy dużym mrozie gwałtowna, parodniowa zadymka.

Pierwszego grudnia zmieniłem znowu rezydencję, zająłem w Rydomlu dwór hr. Rzyszczewskiej; dom mieszkalny był znośny, ale ogromnie zrujnowany, większość mebli ukryto w lochach, naturalnie nie pozwoliłem ich ruszać. Otrzymałem prawem starszeństwa salonik; było w nim dość miejsca do biegania, były klawicymbały z biblioteczką nut, a na ścianach dwa portrety. Dużą zaletą mego pokoju było odseperowanie go od sztabu, który zajął boczne skrzydło, miałem więc nareszcie upragnioną ciszę i samotność.

Pierwsza noc była jednak bardzo przykra; okna były nieopatrzone, w ścianach szpary, piece zaniedbane, zmarzłem więc rzetelnie. Gdym medytował rano nad koniecznością wstania z łóżka, przyjrzałem się portretowi hr. Rzyszczewskiej: była to dama z połowy zeszłego wieku w balowej tualecie, z dekoltem i krynolina; wyraz twarzy mróz podbiegunowy, i jak tu miało być ciepło w pokoju, gdzie rezydowała taka lodowata pani? Przywrócił mi jednak ciepło i dobry humor długoletni przyjaciel – poczciwy samowar, buchający parą.

Gdym nareszcie wstał zawrzała robota; opatrzono okna, skasowano i zabito zbędne drzwi, naprawiono piece, już w dobę później chodziłem po pokoju bez futra. Fortepian zmartwił mnie, okazał się strasznym klekotem, chociaż była do niego przywiązana legenda, że grał na nim niegdyś Liszt, zresztą według podań miejscowych, mistrz grał na wszystkich fortepianach, posiadanych przez obywateli w Galicji Wschodniej. Za to nuty śliczne: Szopen, Schumann, Beethoven, Czajkowski, Rubinsztein, Weber, Moszkowski. Podobno grał artystycznie brat hrabiny. Pokusa była zbyt silna, i kazałem szukać w pułkach stroiciela; znalazł się szczęśliwie i z wielkim trudem doprowadził staruszka do względnego porządku.

Dotknęła mnie przykra wiadomość o tym, że kapituła orderu Św. Jerzego zwróciła moje przedstawienie do orderu „dla dopełnienia zaświadczenia mi świadków”, chociaż miało to podstawę tylko w stosunku do młodszych rang. Świadczyć mogą koledzy, bezpośredni przełożeni, ale dowódca dywizji jest najwyższą instancją, która przyjmuje ( i to niekiedy) udział bezpośredni w bitwie, o jego czynach wiedzą tylko podkomendni. Powoływanie się na nich uważałem więc, za niedyscyplinarne i odmówiłem stanowczo wymieniania kogokolwiek, tym bardziej, ze wszyscy uczestnicy ostatniego ataku oprócz mnie zginęli. Ekk nie dał jednak za wygraną i kazał bez mej wiedzy przepytywać się o moich czynach. Przypomniano sobie, że do dywizji mojej dodano w pewnej chwili pułki piechoty miński i wołyński, i pytano ich na ten temat. Dowódca pułku mińskiego stwierdził, że idąc na czele batalionu pułku wołyńskiego, z „nadludzkim męstwem” otwarłem drogę pułkowi mińskiemu; naturalnie, w opisie tym znalazło się dużo przesady i koloryzowania.

piechota

Piechota rosyjska z I W W .Rosyjska armia carska. Źródło: Kresy 24.pl

W pierwszych dniach grudnia wstrzymano osobowy ruch kolejowy i zakazano dawania urlopów, zostaliśmy więc odcięci od świata, naturalnie wywołało to domysły i plotki, powodów tej całkowitej kwarantanny nie rozumiał nikt. Przypuszczałem, że ruch pociągów został zawieszony z powodu przewozu wojska ku granicom Rumunii, ale co to miało za związek z urlopami? Zakazano nawet wysyłać oficerów w celach służbowych, wyglądało to na chęć ukrycia czegoś do czasu przed armią. Czy też może było to spowodowane poważnymi rozruchami na tle lewicowym.

Zima rozpanoszyła się na dobre, mróz dochodził do 16 stopni minus; dął przeraźliwy wicher i śniegi spadły tak duże, że przez kilka dni nie chodziłem do okopów, czekając, aż wydepczą ścieżki; trwało to jednak niedługo, północno-zachodni wiatr przyniósł odwilż. Obawiałem się jej bardzo ze względu na obfitość śniegu, ruszyłem więc zaraz na front, by sprawdzić sytuację; zastałem miejscami tak duże zaspy, że wypadło szorować często czystym polem, słysząc nad uchem niemiłe bzykanie kul, w okopach już było mokro, nikt jednak nie pomyślał, co się stanie w razie silniejszego tajania śniegu, chociaż uprzedzałem o konieczności urządzenia drenów. Oczywiście zareagowałem odpowiednio pod adresem dowodców odcinków i wypędziłem całą dywizję na nocną robotę; pomimo tego mieliśmy w dobę później w wielu okopach wodę po pas. Zmaganie z zalewem frontu trwało przez cztery doby, ostatecznie kazałem wyłożyć dno okopów matami, plecionymi z gałęzi. U Austriaków nie było lepiej, pławili się też w wodzie, wytworzyło to pewną wzajemna solidarność, przestano zupełnie strzelać do żołnierzy, pracujących nad osuszaniem rowów.

Dowódca armii wydał przykre zarządzenie. Otóż defensywa rosyjska ustaliła, jakoby ukraińska ludność przyfrontowa pomagała niejednokrotnie szpiegom niemieckim, rozkazano więc wysiedlić ją masowo z rejonu armii. My na froncie nie zauważyliśmy nic podobnego, ale rozkaz wypadało spełnić, wykonałem go, oszczędzająć możliwie biedaków, zakupiłem u nich po wysokich cenach zbędne im zapasy, wziąłem pod opiekę według opisów wszystkie siedziby, chociaż dozór będzie wymagał sporo ludzi. Generał Sacharow przyjeżdżał do mnie, ale nie interesował się zupelnie frontem; rozdał żołnierzom krzyże, zjadł śniadanie i wyjechał.

Doszły przez Szwecję wieści, że Niemcy pozwolili na otwarcie w Warszawie polskiej politechniki i uniwersytetu. Co za dziwne pogmatwanie! Gdyby nie zalew Polski przez jej najgorszych wrogów, nie mielibyśmy jeszcze wyższych polskich uczelni i siedziałaby w kraju pasożytnicza szarańcza, byłem pewien, że potrafilibyśmy ostatecznie przeforsować i bez Niemców otwarcie naszych wyższych szkół od obecnego, czy też przyszłego rządu rosyjskiego, znacznie jednak trudniej byłoby pozbyć się obcej zarazy urzędniczej, bo zagnieździła się ona u nas mocno, posiadała w rządzie możnych protektorów, nie pozwoliłaby zatem dać się wyrugować z lukratywnych posad bez uporczywej walki, a współpraca z nią, chociażby w granicach autonomii, byłaby wprost niemożliwą i zatrułaby nam na długie lata życie.

Prasa niemiecka o warszawskim uniwersytecie. "Vossische Zeitung" przynosi w jednym z ostatnich numerów niezwykle charakterystyczny artykuł, traktujący o doniosłej dla nas sprawie otwarcia uniwersytetu warszawskiego. Znamienny ten głos, a tym bardziej, że jest on głosem półurzędowego, jakim jest "Voss. Ztg", przytaczamy go w dosłownym tłumaczeniu. Wkrótce będzie Warszawa święciła uroczystość otwarcia swego uniwersytetu. Doniosłość tego faktu jest w stanie ten tylko ocenić, kto zna życie duchowe Polski i Warszawy. Z jednej strony idealizm i ofiarność, posunięta do granic bohaterstwa - zalety, dzięki którym życie duchowe Polski, mimo szalonego ucisku caratu, zostało uratowane, z drugiej strony - dyletantyzm...Rząd rosyjski liczył się snać z tym żywiołowym pragnieniem narodu polskiego, bo nawet poczynił pewne nieuchwytne zresztą obietnice, odnośnie do wielkiej uczelni warszawskiej. Warszawa nie należała nigdy do przewodniczek nauki, wyprzedził ją w tym kierunku Kraków i Lwów.

Kraków posiadał już w XV w. uniwersytet, Lwów w XVII w., Warszawa miała uniwersytet dopiero od roku 1817, ale jego żywot był krótki. Rząd rosyjski zdławił w r. 1831 życie warszawskiego uniwersytetu. W zamian za to założono rzymsko-katolicką akademię, która oczywiście nie mogła być pochodnią oświaty ( czy zachowały się te pochodnie w protestanckich zborach ? LAH). Autor pisze dalej, że polska wiedza schroniła się do Krakowa i Lwowa... Uniwersytet warszawski mieści się na wielkim placu, który jest obsadzony drzewami, w bezpośredniej bliskości centrum miasta. Kompleks budynków obejmuje sale wykładowe, instytuty, laboratoria, zbiory i bibliotekę uniwersytecką, liczącą około 700.000 dzieł. Ta ostatnia została przez uchodzących Moskali silnie zdewastowaną.

Charakterystyczny jest ustęp cytowanego artykułu, w którym autor wypowiada nadzieję, że teraz pod rządami niemieckimi polska wiedza i nauka doczeka się należytej opieki i oceny, na jaką zawsze zasługiwała. Na zakończenie wypowiada autor przekonanie, że naród polski oceni należycie, obecne zamiary, a przyszłe zasługi Niemiec dla Polski (???)

Hrabina wyjechała do Petersburga po prezenty dla dywizji, brakowało mi jej towarzystwa, tylko z nią mogłem rozmawiać bez zwykłej rezerwy. Z dowódcą korpusu mogłyby się ułożyć stosunki doskonale, gdyby potrafił się oprzeć nie znoszącemu mnie sztabowi. Ekk był dobroduszny i kulturalny. Parę dni temu prowadziłem ostrą dyskusję w jego obecności z intendentem, marna figurą pod każdym względem, gdy się trzygodzinny turniej skończył, a intendent wyszedł, odezwał się Ekk dobrodusznie. „No dzięki Bogu, nie będzie pan teraz spoglądał na mnie tak srogimi oczyma”. Naturalnie rozbroił mnie tym powiedzeniem zupełnie, i zaczęliśmy się obydwaj śmiać. Sytin, który pełnił teraz chwilowo obowiązki szefa sztabu korpusu, twierdził niby poważnie, że ja obchodzę się z władzą zbyt surowo.

Miałem w Rydomlu damską wizytę, przyjechała z Wiśniowca w odwiedziny hr. Rzyszczewska i nie zastała mnie, prosiła jednak, by ją oprowadzono po dworze. Umeblowanie mojego pokoju nie podobało jej się, poleciła więć przynieść z lochów potrzebne meble. Z wyboru mego Pietrka otrzymałem fotel i etażerkę, bo już posiadalem polowe łóżko, stolik i taboret, nie licząc historycznego fortepianu; miałem więc już zupełny komfort.

19 grudnia był ciężkim dniem, ale nie z powodu jakichkolwiek walk, nic się u nas na froncie właściwie obecnie nie działo, ale miałem jednego dnia aż trzy rocznie „prażniki” i to na krańcach dywizji, przy zabłoconych do niemożliwości drogach. Pierwszą wizytę złożyłem baterii, gdzie wysłuchałem nabożeństwa przy akompaniamencie kanonady artyleryjskiej; bateria prowadziła właśnie pojedynek z artylerią austriacką. Po krótkim śniadaniu bez alkoholu, z którym potykam się zacięcie, wyjechałem do pułku wileńskiego, dwie godziny zmagania się z błotem, i znalazłem się przed pułkiem, uszykowanym w czworobokach batalionów dookoła polowego ołtarza; nabożeństwo urozmaicił nam i tym razem przeciwnik – usłyszał zapewnie dźwięki orkiestry i zaczął nas szukać pociskami – obawiałem się więc, że buchnie taki „prezent” w gąszcz ludzki i narobi bigosu, a tu jak na złość ogarnęło popa natchnienie i zaczął nam opowiadać dzieje Mikołaja Cudotworcy Mirlikijskiego, cieszącego się zresztą opinią dobrego strategika – ( parokrotnie przekazywała mnie jego opiece w krytycznych wypadkach moja władza). Otóż dowiedziałem się, że św. Mikołaj zaopiekował się rodziną pewnego starca, posiadającego córki na wydaniu, nie mające jednak posagu. Oczywiście sytuacja była rozpaczliwa, ale od czegóż jest święty – wyposażył je kolejno jedną po drugiej, dobrze, że były tylko trzy dziewczyny, bo gdyby ich było więcej, nie skończyłby pop do wieczora; ostatecznie wydały się wszystkie panny za mąż. My zaś poszliśmy na obiad do podziemnego kasyna. Nie rozumiałem wlaściwie na czym polegał cud świętego, tak wymownie nam opowiedziany, ale wolałem się w dysputę nie wdawać, ze względu na moją nieznaczną wiedzę tajników prawdziwego prawosławia, kwestia ta pozostała nadal otwartą.

Obiad trwał krótko, bo czekano na mnie jeszcze u saperów. Saperzy wystąpili godnie, oświetlili miejsce przyjęcia dwoma reflektorami, a w każdym było po kilkaset świec, i poczęstowali mnie herbatą, winogronami oraz ciastem.

Przyjechał z Petersburga generał Piłkin i opowiadał o wielkim zwątpieniu, panującym w społeczeństwie, o stosunkach wewnętrznych. Zwołanie Dumy nie zmieniłoby nic, kurs na prawo stał tak mocno, że znany prawicowiec, Synadino, orzekł: „Za parę miesięcy w Dumie poza Markowym i Zamysłowskim (znani czarnosecińcy) nie będzie już prawicy”. Dwa specyficzne kwiatki biurokratyzmu – Goremykin i Szczegłowitow byli w pełni rozkwitu, a wszechwładzę w sferach dworskich posiadał szarlatan „starzec” Rasputin.. Otóż kuzynka Piłkina zwracała się do ministerium wojny z prośbą o przeniesienie jej brata z korpusu żandarmów do artylerii, gdzie poprzednio służył, i otrzymała kategoryczną odmowę. Zwróciła się więc do Rasputina, mowiąc mu: „Wy możecie wszystko”... Trzydziestoczteroletni starzec wycałował ją i rzekł: „Racja, ja mogę wszystko”, i rzeczywiście żandarm znalazł się wkrótce w artylerii.

Szefem sztabu naszego frontu został gen. Klembowskij, doszczętnie zniszczony Polak, o niesłychanie zimnym charakterze i przeciętnych zdolnościach strategicznych. Minister wojny Polimanow miał ustąpić, bo „lubi go Duma”. Motyw przekonywujący.

22-go grudnia zostałem awansowany na generał-lejtnanta ze starszeństwem z dniem 1 kwietnia, bardzo mnie to ucieszyło, bo wzmacniało znacznie me stanowisko służbowe, wzrastała również poważnie emerytura. Z powodu awansu urządził Lichaczew szopkę. Przywitano mnie w sztabie marszem sprowadzonej orkiestry, winem szampańskim i rozczulającą mową, przyjemnego nastroju starczyło jednak na krótko, bo nie lubiłem nigdy urzędowych uroczystości.

Zaraz po tych fetach zachorowałem, przypuszczano na razie, że to tyfus, sprowadzono aż trzech eskulapów, ale szczęśliwie wytrzymałem ich, wytargowałem sobie influencę. Siedziałem więc u siebie w pokoju i nie musiałem dzielić wspólnych obiadów, nużących i wtedy wszyscy liczyli się się z moją obecnością i każde wypowiedziane przez kogoś zdanie obliczone było na moja obecność, rozumiałem to dobrze. Skracałem więc zwykle nasze, smaczne zresztą, uczty do minimum.

Mieliśmy kolejno śnieg z mrozem lub mgłą z odwilżą, bielał więc krajobraz lub ciemniał co kilka dni. A ponieważ warunki walki nakazywały stosować możliwie ściśle prawo mimikry, brały się z tego zabawne „gaffy”. Gdy spadł śnieg, bieliło się skwapliwie baterie, by się nie wyróżniały na tle zaśnieżonych pól. Zdarzało się jednak, że szybka odwilż spędzała z pól śnieżną powłokę w ciągu jednej nocy, i rano na tle ciemnej roli ukazywała się uśnieżona bateria, wtedy oskrobywało się ją na gwałt. To samo robili i Austriacy. 

Foto działa (moździeż) z fabryki Skoda 305 mm. Foto sporządzono w 2005 r. Nikoja Smoleński. Wykonano w Muzeum wojskowym w Belgradzie. CC BY-SA. Źródło nie zostało podane w rozpoznawalny automatyczny sposób. Założono, że to praca własna.

Dzisiaj dzień wigilijny, już drugi na tej wojnie; święto wspomnień radosnego i beztroskiego dzieciństwa, święto miłości rodzinnej. Spędziłem ten dzień w zupełnej samotności, nie chciałem widzieć nikogo i nie wierzyłem w przychylność otoczenia. Przecież nic nie przemawia w człowieku silniej, niż instynkt samozachowawczy, on rodzi tchórzostwo i nierozłączne z nim kłamstwo oraz obłudę, przecież każdy z mych oficerów rozumiał, że mogę go skazać zupełnie legalnie na śmierć, dając mu rozkaz straceńczy!

Tym razem nie dała mi jednak tak zawsze miła samotność uspokojenia, opanowały duszę wspomnienia dalekiej przeszłości, gdy wierzenia me religijne wydawały się opoką z granitu; ohyda wojenna wyżłobiła w nich jednak głębokie rysy, zachwiała wiarą w Opatrzność, a nawet w samą ideę miłości chrześcijańskiej. Przecież nie mogę miłować tych, którzy czychają w sposob najbardziej podstępny na moje życie. Nie kochają oni mnie również, bo robię to samo. Morduję, by nie być zamordowanym, a jeśli mi się to dobrze uda, idę do kościoła i wysłuchuję Mszy dziękczynnej z powodu odniesionego zwycięstwa.

Nie mogłem wysiedzieć z mymi myślami w domu. Wolałem się błąkać z nimi po zaśnieżonych polach. Dął silny wiatr, sypał drobnym śniegiem, szarpał i giął bezlistne, oszronione gałęzie drzew przydrożnych. Czarny las huczał ponurym rozgwarem, niekiedy wśród białego mroku zabłysło światło w małym okienku chaty; tam byli ludzie, cieszyli się ciepłem i rozmową. Ruch i mróz uspokajały mnie stopniowo; zrezygnowałem wreszcie z dociekań rozumowych, zajmowały się nimi bez skutku przez wieki najpoważniejsze umysły ludzkie.

Źródła: E. de Henning-Michaelis. „ Burza Dziejowa” t. 2. Ścieżka dostępu: Biblioteka Narodowa.

"Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 287, 5 listopada 1915.

 



Autor artykułu : gen. E. Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com